Rekrutacja 2026/2027 wystartowała!
Aplikuj
Blog Ciekawi ludzie
09.09.2019

A co z nami?

dr inż. Janina Rudowicz-Nawrocka
Wykładowczyni

Zmieniliśmy się. Poznaj nas na nowo

Czytaj więcej

Janina Rudowicz-Nawrocka

Dziekan Wydziału Informatyki i Komunikacji Wizualnej

“Jestem wykładowcą, nauczycielem, przede wszystkim uczę studentów, ale staram się, żeby to nie było tylko uczenie konkretnego przedmiotu. Dla mnie ważne jest wskazywanie postaw, poszerzanie horyzontów, otwieranie ludzi na różnorodność i to staram się robić na co dzień, nie tylko na uczelni”.

Dwaj panowie K., sympatyczni, rzeczowi i konkretni, jak na studentów informatyki przystało, należą zdecydowanie do grona moich niezapomnianych studentów. I to nie tylko dlatego, że byłam promotorką ich pracy dyplomowej, a oni moimi pierwszymi dyplomantami w Wyższej Szkole Nauk Humanistycznych i Dziennikarstwa (obecnie Collegium Da Vinci).

Panowie pisali wspólną pracę inżynierską. Szło im bardzo dobrze. Byli zaangażowani, dyskutowali, dodawali swoje pomysły. Kolejne etapy pracy realizowali zgodnie z harmonogramem. Wszystko to już samo w sobie może być niezapomniane, bo zdarza się nieczęsto. Tak jednak działo się do czasu. Na ostatnim etapie, z niewiadomych dla mnie powodów, panowie K. „zaginęli w akcji”. Przestali przysyłać kolejne fragmenty pracy, nie pojawiali się na dyżurach, nie przysłali żadnego maila z informacją, co się dzieje. A że nie mieliśmy w ostatnim semestrze wspólnych zajęć, z mojej perspektywy po prostu zniknęli.

Skończenie pracy dyplomowej i jej obrona to kwestia, na której zależeć powinno głównie studentowi, więc specjalnie się tą sprawą nie przejęłam. Zazwyczaj w życiu dzieje się dużo, a nawet więcej, niż byśmy chcieli czy oczekiwali. Pewnie im też przytrafiło się coś niespodziewanego i ważnego, co pokrzyżowało im plany. Szkoda tylko, że nie dali znać, co i jak.

Wkrótce i mi przytrafiło się coś, co stało się ważniejsze niż wszystko inne. Podczas badań wykryto u mnie niepokojący guzek. Trzeba było się nim zająć, oczywiście jak najszybciej.

Sprawy nabrały tempa. Dostałam skierowanie na operację.

Z zimy zrobiło się lato. Za tydzień miałam pójść do szpitala. I wtedy odezwali się panowie K. Oczywiście, to najlepszy moment, jaki mogli wybrać! – pomyślałam. A oni bombardowali. – Co z ich pracą, czego brakuje? co muszą jeszcze zrobić? bo im bardzo zależy na obronie w czerwcu, bo wyjeżdżają, bo dostali pracę, bo… Zawsze takich „bo” jest mnóstwo, aczkolwiek dozwolone są tylko ze strony studentów.

Tym razem też tak było.

“Pani idzie do szpitala, a co z nami? z naszą obroną? Co miałam robić?”

Usłyszeli, że mają maksymalnie tydzień na skończenie pracy i załatwienie wszystkich formalności. Panowie niby przyjęli do wiadomości, ale chyba nie docierało do nich, że nie mogę przewidzieć, w jakim stanie będę po powrocie ze szpitala i czy w ogóle będę mogła zająć się ich pracą. O zmianie promotora nie chcieli słyszeć.

Nie ma wyjścia. Pełna mobilizacja, oczywiście po obu stronach. Przyznaję, że po mojej trochę wymuszona. Myślami byłam zupełnie gdzie indziej. Bałam się, byłam przerażona, już nawet żegnałam się z życiem. Sprawdzanie pracy dyplomowej było ostatnią rzeczą, jaką chciałam robić w tym momencie. Ale rozumiałam też, na jakie komplikacje byliby narażeni, gdybym się nie zgodziła. No więc, w myśl zasady: czego się nie robi dla studentów? wzięłam się za kolejne wersje, analizy, diagramy, wnioski, formatowanie, sprawdzanie i… niestety zabrakło dnia, a nawet kilkunastu godzin na skończenie. Poszłam do szpitala.

Na tym historia się nie kończy. Ja przeżyłam, panowie K. pracę dokończyli sami. Ale sprawdzanie i ostateczne poprawki robiłam na szpitalnym łóżku. Miało to jednak swoje dobre strony: pozwoliło mi oderwać się od rzeczywistości.

A dla studentów? Z gotową pracą i dokumentami do podpisu odwiedzili mnie w szpitalu. Chociaż w starym budynku na ulicy Łąkowej było bardzo przyjaźnie, jasno i optymistycznie – pamiętam duże okna i wpadające przez nie promienie słońca – w ich szeroko otwartych oczach dostrzegłam, że nagle zrozumieli, co to znaczy leżeć na oddziale onkologicznym.

Już po obronie, nowo upieczeni panowie inżynierowie K. powiedzieli mi, że cała ta niecodzienna sytuacja nauczyła ich przede wszystkim, iż niemożliwe może stać się możliwe. Uświadomiła im także, jak ważne jest pilnowanie i dotrzymywanie terminów. To ostatnie to wielka sztuka. Ciekawe… jak im idzie?

Projekt „Ciekawych ludzi historie”

Historia Collegium Da Vinci to przede wszystkim historie ludzi, którzy ją tworzą – historie ludzi ciekawych, na co dzień pracujących w CDV. Wielu z nich zdecydowało się opowiedzieć o uczelni spisując swoje wspomnienia… oddając w ręce czytelników kawałek siebie. Opowieści prorektora i dziekanów, kierowników katedr i pełnomocników, a także dyrektorów i specjalistów w pionie administracji, najlepiej powiedzą Wam kim jesteśmy i jakie wspólnie tworzymy miejsce.

Publikację „Ciekawych ludzi historie” zrealizowaliśmy we współpracy z dr Moniką Górską – reżyserem, wykładowcą, autorem, mentorem, twórcą Mistrzowskiej Szkoły Storytellingu Biznesowego online i jej Fabryką Opowieści.

Pobierz całą publikację w pliku PDF: Ciekawych ludzi historie